sobota, 31 stycznia 2009

Fazolová polévka se smetanou


Fazolová polévka se smetanou


Składniki:

200 g białej fasoli (ja użyłam takiej z puszki)
4 średnie ziemniaki
1 opakowanie przecieru pomidorowego (ok. 500 g)
1 łyżka masła
200 ml śmietany 18%
1 cebula
200 g wędzonki
600 ml bulionu warzywnego
1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
3 liście laurowe
5 ziarenek ziela angielskiego
10 ziarenek czarnego pieprzu
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżki mąki pszennej
pęczek pietruszki
sól do smaku


Przygotowanie:

Drobno pokrojoną wędzonkę oraz cebulę na złoto obsmażamy na oliwie. Ziemniaki kroimy w drobną kostkę i gotujemy w mniej więcej połowie bulionu. Po chwili dodajemy przecier pomidorowy, a następnie gdy ziemniaki zaczną robić się miękkie dodajemy fasolę, podsmażoną z cebulą wędzonkę oraz przyprawy tj. paprykę, liście laurowe, ziele angielskie oraz pieprz. Całość gotujemy aż wszystkie składniki będą miękkie. Z masła i mąki robimy na głębszej patelni zasmażkę, dolewamy do niej pozostałą połowę bulionu dokładnie mieszając, a następnie przelewamy ją do gotującej się zupy. Ściągamy zupę z ognia i zabielamy śmietaną. Na talerzu zupę ozdabiamy świeżą natką pietruszki. Przed podaniem można usunąć z naszej zupy liście laurowe oraz ziarenka ziela angielskiego i pieprzu.

Smacznego :-)

piątek, 30 stycznia 2009

Škubánkové placky se slaninou

Škubánkové placky se slaninou


Składniki:

1 kg mącznych ziemniaków
180 g mąki pszennej (najlepsza będzie semolina)
olej lub oliwa do smażenia
200 g chudego boczku pokrojonego w cienkie plastry
2 ząbki czosnku
sól
200 ml niskotłuszczowego jogurtu naturalnego
pęczek natki pietruszki


Przygotowanie:

Ziemniaki obrać, wypłukać w bieżącej wodzie i pokroić w niewielką kostkę, a następnie ugotować w osolonej wodzie. Ugotowane ziemniaki przecisnąć przez praskę, połączyć z mąką i wyrobić do uzyskania jednolitej konsystencji. Tak powstałą masę podzielić na 6 równych porcji, z których każdą rozwałkować na placek o średnicy ok. 20 cm i grubości 0,5 cm. Na patelni rozgrzać olej i smażyć placki na złoto z każdej strony. Po usmażeniu placki odłożyć w ciepłe miejsce, a na patelni usmażyć boczek na chrupko.
Podawać z usmażonym boczkiem, dipem jogurtowo-czosnkowo-pietruszkowym i kufelkiem czeskiego Staropramena ;-)
Smacznego :-)

Czeska wycieczka - Ostrava


Ferie!!! :-)

Dla jednych już się zaczęły dla innych dopiero się zaczną. Ci, którzy uzależnieni są od swojego maleństwa i czasu szkolnego, korzystają z radością z zimowych wakacji. Część z nas wybiera się w góry, część nad morze pooddychać jodem, inni w tym czasie urządzają sobie letnie wakacje i leżą pod palmą. Nie wszyscy jednak zmieścimy się w tym samym czasie w Krynicy czy Zakopanem, czasami też różne wydatki lub brak urlopu ograniczają nas i nie pozwalają na dłuższy wyjazd.
Dzisiaj proponuję wycieczkę do naszych sąsiadów Czechów. Może to być jednodniowa wycieczka jeśli mieszkamy bliżej granicy. Ja nalazłam się tam przypadkiem, ale nie ukrywam, że bardzo się z tego ucieszyłam bo przecież zgłosiłam się do udziału w tygodniu kuchni czeskiej. Jeżeli macie chwilę i nie chcecie siedzieć w domu, to może warto zobaczyć co słychać u naszych sąsiadów. Proponuje Wam wycieczkę z konkretnym planem. Jeśli myślicie, że zabieram Was do starej Pragi to jesteście w błędzie. Zabieram Was do miasta, które od dłuższego czasu próbuje zmienić swoje typowo przemysłowe oblicze. Przyznaje ja widzę zmiany ale oczywiście czekam na większe ;-) Ostrawa, bo o niej mowa, położna ok. 80 km od Katowic (mieszkańcy Śląska mają do niej rzut beretem) jest miastem, które przy odrobinie zaangażowania wypełni nam cały dzień. Przystanek pierwszy – zaraz po przekroczeniu granicy w Chałupkach odwiedzamy pałac położony w miejscowości Šilheřovice. Pierwsza pisemna wzmianka dotycząca tej gminy pochodzi z roku 1377. W XVI wieku wybudowano tu zamek. Pierwotnie klasycystyczny doczekał się pseudobarokowej rekonstrukcji w drugiej połowie XIX wieku. W pobliżu zamku mieści się zameczek łowiecki, który otacza założony w latach 1820–30 park angielski o powierzchni 98 ha. Rosną tu buki, rododendrony, klony tatarskie, cisy oraz inne rzadkie gatunki roślin. Park zamkowy służy obecnie jako pole golfowe z 18 dołkami. W zimowej scenerii płac wygląda pięknie. Spędzamy tam chwilę, po czym przenosimy się do zupełnie innego świata. Przyznaję, że byłam sceptycznie nastawiona do odwiedzin w muzeum, które obsiane jest czołgami i bunkrami ale pogoda i dobry humor, a przede wszystkim dobre towarzystwo sprawiły, że przeżyłam :-) militarną część wycieczki. Może też dlatego, że w okolicy jest taka ilość bażantów, której jeszcze nigdy w życiu nie widziałam. Zatrzęsienie!!! Ptak na ptaku, niestety niektóre trafiają prosto pod koła przejeżdżających samochodów. Muzeum, w którym możecie zobaczyć czołgi i bunkry z czasu II Wojny Światowej znajduje się przy drodze między miejscowościami Hlučín i Darkovice
Kolejny przystanek na naszej wycieczce to Hornické Muzeum OKD – czyli skansen górniczy znajdujący się na przedmieściach Ostrawy. Tu możemy poznać historię górnictwa na tym terenie. Dzięki starszemu Panu, który w nim pracuje, i na szczęście mówi w naszym języku jest to znacznie łatwiejsze. Jak sam powiedział jego rodzinna wywodzi się z polskiej gałęzi i dlatego trochę mówi po Polsku. Jego wprowadzenie w historię kopalni i tych terenów bardzo nam pomogło, ponieważ kiedy zjechaliśmy już na podziemną część wycieczki oprowadzał nas czeski przewodnik co oczywiście wymagało od nas sporego skupienia ;-) Muszę jednak powiedzieć, że wszyscy Czesi byli dla nas mili i starali się bardzo, żebyśmy jak najwięcej wynieśli z odwiedzin w skansenie.
Na terenie skansenu znajduje się też górnicza gospoda Harenda u Barborky, która spragnionych napoi, a głodnych nakarmi :-) link: http://www.restaurace-pizzerie-kavarna.com/harenda_u_barborky W karcie spory wybór dań oczywiście tradycyjnej kuchni czeskiej i smaczne piwo z miejscowego browaru. Obsługa bardzo miła. Jednak Ci, którzy spodziewają się drewnianej karczmy stającej w głuchym polu muszą oswoić się z myślą, że jej budynek wygląda trochę inaczej, a wystrój jest prosty i zdecydowanie wpisany w charakter tego miejsca. W samej karczmie nie brakuje rzeczy związanych z ciężkim górniczym zawodem. Na ścianach umieszczono zdjęcia z kopalni, wiele innych eksponatów oraz zdjęcia gości którzy tutaj bawili. Cały skansen może być atrakcją zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych.
Milusińscy, którzy będą zawiedzeni skansenem mogą udać się do Ostrawskiego ogrodu zoologicznego, które powinno im wynagrodzić straty. Jeśli nie umiecie się zdecydować, w którym kierunku dokładnie udać się w Ostrawie powinniście wybrać się do centrum miasta, nad którym króluje najwyższa w Republice Czeskiej wieża ratuszowa. To też był kolejny przystanek naszej wycieczki. Sama wieża nie jest może zbyt okazała, ale widok z niej jest bardzo przyjemny, a leniuchy będą zadowolone bo na samą górę można wjechać windą. Kolejny raz dopisało nam szczęście! Na górze znajduje się informacja turystyczna, a w niej pracuje młody Czech, który studiuje polonistykę. Mówił tak pęknie po polsku, że nie mogliśmy uwierzyć, że jest obcokrajowcem. Pan z wieży ładnie opowie Wam o tym co widzicie z góry i z pewnością podpowie co możecie jeszcze zobaczyć w Ostrawie.
Jeśli chcecie się wybrać na zakupy lub już zgłodnieliście po wizycie u Barborky możecie się wybrać do centrum i w okolice rozsławionej ulicy Stodolni. W sezonie zimowym wygląda pewnie gorzej niż latem, kiedy bawią się tutaj młodzi ludzie, między innymi Polacy przyjeżdżający tu na zakrapiane nocne imprezy. Nie bądźcie jednak zdziwieni kiedy przyjedziecie do Ostrawy w środku weekendu i zobaczycie prawie wymarłe miasto. Jak poinformował nas Pan w ratuszu, większość osób wyjeżdża z miasta na weekend i wraca dopiero wieczorem w niedzielę, więc próżno szukać tu krakowskiego tłumu i kafejki na kafejce.
Oczywiście jak to w Czechach spora część ostrawskiej społeczności to Romowie, ale myślę, że po moich ostatnich wojażach po Czechach czy Słowacji ;-) zdążyłam się już do tego widoku przyzwyczaić.
Ostrawa to także Slezkoostravský hrad – czyli zamek, który można zwiedzać oraz na którym można wysłuchać koncertu. W jego pobliżu znajduje się Miniuni – miejsce gdzie można zobaczyć miniaturowe makiety znanych na całym świecie budowli ;-) zwłaszcza dzieci powinny być z tego zadowolone :-)Od dziwo w ostrawskim hipermarkecie nie brakuje polskich akcentów w postaci stoiska z Rurkami Katowickim :-) co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Widać, że tu odnoszą prawdziwy sukces i cieszą się dobrą sławą. Tutaj też spragnieni śmiesznych słodkich prezentów mogą kupić spory czekoladowy biust z białej lub ciemnej czekolady, a na zakończenie oczywiście każdy zdąży wyjść z koszyczkiem tego czego Polacy nigdy nie zapominają kupić u Czeskich sąsiadów czyli piwo ;-) – choć morawskie wina też są niczego sobie ;-)

środa, 28 stycznia 2009

Kasztany jadalne

Na hasło kasztany większość rozgląda się za Hansem Klossem, nieśmiertelnym i do znudzenia powtarzanym w telewizji ;-) Zdanie „najlepsze kasztany są na placu Pigalle” wywołuje uśmiech. Czy był u mnie Hans? Nie. Czy odwiedził mnie Bruner? Nie. Czy w mojej kuchni znalazły się kasztany? Tak :-)
Nie rozbierałam na części pamiątek z przedszkola, po prostu zakupy skłoniły mnie do przyrządzenia jadalnych kasztanów i to w najprostszy sposób.
Mimo wspomnień moich rodziców z pobytu w Paryżu, które wyraźnie wskazywały na to, że raczej uciekałam od ciepłych kasztanów kupionych na ulicy i zapakowanych w małą papierową torebkę, postanowiłam do nich wrócić i je zjeść ;-)


Przygotowanie:

Kasztany w ilości dowolnej, na którą mamy ochotę nacinamy na górze robiąc na nich krzyżyk. Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Kasztany wsadzamy do piekarnika i pieczemy przez ok. 20 min.
Wyciągamy i obieramy. Ja zjadłam je z masłem i solą :-)
Dla tych, którzy mają problem ze zdobyciem kasztanów lub wyrobów z kasztanów podaję adres sklepu internetowego: http://www.rajsmakosza.pl/ Tu można sobie pokasztanić ;-)

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Makaron z brokułem


Wpadło mi dzisiaj takie danie do głowy. Brokuł jest chyba w naszym domu często traktowany bardzo niesprawiedliwie. Chociaż gotuje zupę brokułową i kilka innych rzeczy, które też postaram się zamieścić na blogu, to dzisiaj wykorzystałam go zupełnie w inny sposób. Dzisiaj brokuł zakochał się w makaronie, a połączył go z nim sos serowy i sezam.


Składniki:
1 mały brokuł
60 g makaronu
2 czubate łyżki śmietany 18% (na 1 porcję)
60 g ulubionego sera żółtego (na 1 porcję)
3 łyżeczki sezamu (na 1 porcję)
1 łyżeczka masła (na 1 porcję)
sól do smaku


Przygotowanie:
Gotujemy brokuł (myślę że jeden duży wystarczy do przygotowania dania dla 2 osób). Gotujemy nasz ulubiony makaron al dente. W garnuszku podgrzewamy śmietanę, masło, tarty ser żółty mieszając do uzyskanie konsystencji kisielu. Na patelni prażymy na małym ogniu ziarna sezamu ok. 4 min.
Układamy na talerzu różyczki brokułu, a w środku kładziemy makaron – taka moja wersja artystyczna ;-) Makaron doprawiam sosem, wszystko posypujemy sezamem. Możemy też posypać serem żółtym i smacznego!

niedziela, 25 stycznia 2009

Rodos miasto cz.2

Wracam jednak do starych murów w stronę, których idziemy. Miasto jest nimi otoczone jak wstążką. Wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Mija chwila i przechodzimy pod Bramą Wolności Eleftherias, a ja już jestem wniebowzięta i to z bardzo błahego powodu. Rzucają mnie na ziemię właśnie na ziemi poukładane, tworzące kamienisty dywan chochlaki. Zastanawiacie się co to są chochlaki? To kamieniste chodniki, utworzone z obłych kamyków, które w wielu miejscach na Rodos tworzą cudowne mozaiki.
Idziemy dalej, zaczyna robić się tłoczno. Tak to sławna ulica Rycerska. Robi wrażenie –biegnie ona od szpitala zakonu Joannitów, aż do Pałacu Wielkich Mistrzów. To właśnie rycerze zakonni wypędzeni z Ziemi Świętej w 1309 roku podbili Rodos i zbudowali miasto – twierdzę. Pałac Wielkich Mistrzów był zniszczony przez Turków i obecnie został w dużej części odbudowany. Po obu stronach ulicy Rycerskiej znajdują się siedziby poszczególnych „języków” zakonu czyli prowincji i krajów, z których pochodzili jego członkowie. Ich elewacje ozdobione są herbami Wielkich Mistrzów. Do południa wypełniona przez turystów, po południu zrobi na mnie jeszcze lepsze wrażenie – cicha oświetlona już nie tak ostrym słońcem, wydaje się wymarła jeśli wcześniej mijaliście wycieczkę Włochów wymieszaną z rozbieganą wycieczką Niemców .
Jeśli nie męczy Was temperatura możecie wejść na wieże zegarową, w cenie biletu napój energetyczny gratis ;-) Jest wielu śmiałków, którzy fundują sobie tę zabawę a la wyciskanie cytryny przez wściekłą gospodynię i tracą siódme poty wracając z góry kwaśną miną ;-) (szczególnie kiedy na zegarze jest np. godzina 12:00). W wielu miejscach miasta widoczne są wpływy turecki. Po najeździe wyspy wiele kościołów zostało przekształconych w magazyny lub meczety o czym przekonacie się zwiedzając miasto. W starym mieście zobaczycie Meczet Sulejmana, który został w XIX w przemalowany na różowo i stanowi jedną z atrakcji turystycznych.
Bardzo mile wspominam odwiedziny w Żydowskiej Synagodze Rodos. Synagoga Kahal Kadosh Shalom prowadzona przez małżeństwo żydów. Jest jednym z obiektów na wyspie, które były zniszczone podczas wojny. W jej bocznej części znajduje się muzeum żydów rodyjskich. Żydzi z wyspy Rodos byli masowo wywożeni do obozów zagłady statkami. W tej chwili podobno mieszka na Wyspie ok. 40 osób wyznania mojżeszowego. Kobiety przy wejściu do synagogi poproszone są o okrycie się chustą, a mężczyźni nakrywają głowy jarmułką. W tym mieście znajdziecie też mniejsze i większe palce, przy których znajdują się kawiarnie i restauracje. Urokliwy plac Hipokratesa, przy którym możecie zjeść coś smacznego i popatrzyć z góry na przechodzących ludzi i niewielką fontannę oblepioną przez gołębie. Stare miasto to również galerie, niektóre połączone z kawiarniami, więc popijając np. cafe frappe możecie się jednocześnie zachwycać sztuką, a nawet po uiszczeniu odpowiedniej kwoty zabrać taki „kawałek sztuki” do domu .
Warto tu przyjechać, posnuć się wąskimi uliczkami, popatrzyć na stare mury, a może nawet zapędzić się w jakiś zakamarek, który okaże się czyimś podwórkiem. Wszystko to możecie przeżyć właśnie tu, a kiedy nasycicie się już minionymi wiekami, udajcie się na krótki spacer do nowego portu. Tam zobaczycie olbrzymie kilku piętrowe wycieczkowce, które z daleka stwarzają wrażenie pływających wieżowców oraz od czasu do czasu amerykańskie wycieczki, które też mogą robić wrażenie ;-) Pamiętam kobietę o świetnej figurze, opaloną w granatowo-białej letniej, zwiewnej sukience w kapeluszu o olbrzymim rondzie również w kolorze granatowym i w okularach słonecznych – zjawiskowa, po prostu jak z filmu. Kupiła kilka dość drogich gąbek i również w sposób filmowy zapłaciła za nie wybierając pieniądze z dość grubego pliku dolarów, zostawiając dużą „resztę” ku zadowoleniu sprzedawczyni ;-) Nie została niezauważona, kolejka turystów różnej maści długo jeszcze oglądała się za tą panią.

Tak właśnie wyglądał jeden z wypadów do największego miasta na wyspie Rodos o tej samej nazwie. Zaczęliśmy od portu i wracamy do portu, do samochodu nagrzanego jak patelnia kucharza. Zanim zacznie działać klimatyzacja nasze ciała będą już jak dobrze wysmażone steki, ale przecież kochamy Grację również za to.
Teraz czas na ciszę, morze i wieczorne odwiedziny u naszego sąsiada z dołu, chyba znajdzie dla nas miejsce w swojej tawernie i przyniesie nam następne fantastyczne danie ze śpiewem na ustach...
A Wy jeśli macie ochotę zagłębić się w historię to dobrze trafiliście. Także jeśli lubicie zjeść coś dobrego to właściwy kierunek. Zakupy? też z pewnością zajdziecie tu coś dla siebie. Przyjedźcie tu!
Następnym razem zabiorę Was do kolejnego miasta na wyspie, a także opowiem o tym gdzie i co warto kupić, żeby cieszyć się z pobytu w słonecznej Helladzie również w domu.

Serdecznie pozdrawiam
Cafe Podróż

Rodos miasto cz.1


Jest ciepło, słońce pięknie oświetla morze i budynki.
Wstajemy rano po kolejnej przegadanej nocy z retsiną. Otwieram drzwi na taras, słońce już niecierpliwie zagląda i chce wejść dalej. Mamy jednak umowę ze słońcem, ja spokojnie wypiję kawę zanim wsiądę do samochodu, a później droga wolna, może zakraść się na nasz taras. Miasteczko powoli zaczyna się budzić, ktoś idzie po gazetę, Grek z dołu, który prowadzi restaurację zaczyna się powoli krzątać. Nawet już zdążył krzyknąć coś do przechodniów. Zastanawiam się tylko jak to się dzieje, że oni mają taką energię, przecież jeszcze nad ranem słyszałam jak podśpiewywał ze swoimi klientami.
Spokojnie kończę kawę i patrzę na morze. Właściwie ten widok, słońce oraz zapachy sprawiają, że czuje się świetnie i mogłabym na tym poprzestać, ale czeka na mnie miasto i kawałek historii... Dlatego odkładam filiżankę, bierzemy kluczyki do samochodu, zatrzaskujemy za sobą drzwi i jedziemy.
Wyspa jest mała więc już po chwili widać miasto Rodos. Z jednej strony drogi błękitne morze wręcz porażające swoim kolorem, z drugiej hotele, zwracam uwagę na hotel Hilton.
Parkujemy w pobliżu portu Mandraki. Po grecku jego nazwa oznaczała tyle co zagroda dla owiec. Nic dziwnego, kiedy spojrzeć na port z góry widać ramiona które zamykały w sobie stateczki. Już się cieszę, że porzuciłam taras. Rozpoznaje w tle figury łani i jelenia, które witały przypływających do portu. Myślę sobie, że to fantastyczne, tyle razy widziałam ten widok w różnych książkach, przewodnikach, a teraz tu jestem. Jelenia i łanię możecie też rozpoznać w herbie Rodos. W tym też miejscu miał stać Kolos Rodyjski. Idziemy na molo, podziwiamy port i rozmawiamy o tajemniczym Kolosie z Rodos, po chwili jednak ruszamy w stronę starych murów miasta po drodze odwiedzając jeszcze kościół prawosławny Evangelismós dawną główną świątynię zakonu Joannitów. Pamiętacie kiedy opisywałam Wam Zakopane, wspomniałam o tej niesamowitej energii i wyrażaniu uczuć przez południowców, tu właśnie, nie pierwszy już raz w Grecji, widzę kobietę która wpada do kościoła głaszcze z uśmiechem ikonę i idzie dalej może na zakupy? To robi wrażenie, ta bliskość, spontaniczność...

niedziela, 18 stycznia 2009

Korzenna zupa jabłkowa



Korzenna zupa jabłkowa

To moja kolejna propozycja w ramach Zimowego festiwalu zup :-)
Macie ochotę na nietypową słodką zupę z nutą cynamonu i goździków? Zapraszam :-)


Składniki:

ok. 1 litra wody
3 średnie jabłka
ok. 70 g demerary (jeśli chcecie aby zupa była słodsza możecie dodać więcej)
5 goździków
2-3 cm kory cynamonowej
60 ml rumu (ja użyłam białego Bacardi)
mała szczypta soli

szklanka drobnego makaronu
2 łyżki kwaśnej śmietany


Przygotowanie:

Do garnka wlać wodę i wsypać demerarę. Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, a następnie pokroić w drobną kostkę i przełożyć do wody z cukrem dodając goździki oraz cynamon. Całość gotować ok. 25-30 min. aż jabłka będą miękkie. Wyłowić z zupy goździki i cynamon (nie będą już potrzebne ponieważ oddały smak i zapach w trakcie gotowania). Wlać rum i następnie wszystko zmiksować blenderem, aż zupa nie będzie miała grudek. Gotować jeszcze przez ok. 10 min.
Podawać z drobnym makaronem i łyżką śmietany.
Smacznego :-)

czwartek, 15 stycznia 2009

Zupa na groszku z puszki


Zupa na groszku z puszki

To zupa, którą uwielbia mój mąż. Jest śmiesznie prosta i należy do tych przepisów, z których często korzystają kulinarne lenie. Poza leniuchami, zapracowani również będą zadowoleni ;-) Myślę, że na festiwalu zup znajdzie swoich amatorów.


Składniki:

1 kostka rosołowa
1 puszka groszku
2 średnie marchewki
4 średnie ziemniaki
3 łyżki śmietany 18%


Przygotowanie:

Kostkę rosołową rozpuścić w wodzie wg przepisu zamieszczonego na opakowaniu. Do gotującej się wody wrzucić obraną i pokrojoną w talarki marchewkę. Groszek przelać do garnka bez odlewania zalewy. Obrane ziemniaki pokroić w kostkę i wrzucić do garnka.
Wszystko gotować, aż ziemniaki i marchewka zmiękną. Doprawić pieprzem i solą do smaku.
Zabielić śmietaną i cieszyć się z szybkiej zupki ;-)

Smacznego!
U mnie ta zupa znika od razu ;-) ale ja mam w domu Łasucha ;-)

czwartek, 8 stycznia 2009

Penne z soją i pesto


Miałam zupełnie inny plan jeśli chodzi o soję, ale dzisiejszy dzień nie jest dla mnie wesoły i musiałam poprawić sobie humor czymś smacznym i szybkim.
Pichcenie mnie uspokaja, zawsze kojarzy się z czymś przyjemnym, więc uciekam szybko do kuchni, żeby odzyskać psychiczną formę i zmierzyć się problemami. Należę niestety do tych osób, które w stresie sięgają do lodówki.
Potrzebujecie poprawy nastroju? a może po prostu czegoś szybkiego na obiad?
Ugotujcie sycący makaron z soją i pesto.


Składniki:

4 łyżki pesto
kubek makaronu penne
½ kubka soji (namoczonej wcześniej i ugotowanej)
5 pomidorków koktajlowych
½ średniej wielkości cebuli
oliwa z oliwek
sól do smaku


Przygotowanie:

Połowę średniej wielości cebuli zeszklić na łyżce oliwy z oliwek. Ugotować kubek makaronu penne. Pół kubka moczonej przez noc i ugotowanej soji wmieszać z cebulą na patelni. Pomidory koktajlowe pokroić w połówki i wrzucić na patelnię. Makaron po ugotowaniu odcedzić i przełożyć do soi i cebuli. Dodać do wszystkiego pesto i wymieszać. Przyprawić według uznania. Smacznego!!!

Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży....

Sałata w parmezanie


Jakoś tak dalej u mnie sałatkowo. Chyba wspomnienie Grecji trzyma mnie bliżej sałatek.
Chociaż mam już w planie kolejne dania to chce jeszcze posiedzieć w tej sałacie i pomarzyć ;-)


Sałata w parmezanie


Składniki na 1 miseczkę:

kilka liści sałaty lodowej
2 łyżki tartego parmezanu
pół szklanki winogron
pół ogórka zielonego (szklarniowego)
1 łyżka oliwy z oliwek
sól do smaku


Przygotowanie:

Sałatę myjemy i rwiemy na drobne kawałki, a następnie skrapiamy oliwą tak aby pokryła liście, po czym posypujemy 1 łyżką parmezanu. Na sałacie układamy winogrona i ogórek zielony pokrojony dowolnie (tak jak nam smakuje). Wszystko obsypujemy drugą łyżką parmezanu doprawiamy solą. Dobrym wykończeniem tej sałatki są wcześniej przygotowane grzanki.
Smacznego ;-)

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Rodos od plaży do plaży


Zanim przejdę do kuchni greckiej kilka słów o plażowaniu i zwiedzaniu.

Na wyspie Rodos z pewnością nie brakuje plaż. W większości są one kamieniste jednak można też położyć się na plaży w Tsambice – która jest bardzo szeroka i gdzie wiatr nawiewa dużo piasku. Dojeżdża się na nią wąziutką dróżką po wcześniejszym zjeździe z głównej drogi otaczającej wyspę. Ktoś mógłby powiedzieć „rany gdzie my jedziemy tu nic nie ma”, a jednak plażę ratuje jedna jedyna tawerna i legenda, która łączy się z malutkim białym kościołem wybudowanym nad plażą. Mężczyzna, który wybudował kościół miał ponoć otrzymać w zamian potomstwo ;-) Dzisiaj również przyjeżdżają tam ludzie, którzy starają się o dzieci. Dostają one później imiona Tsambika lub Tsambikos. Podobno to bardzo popularne imiona na Rodos. Ja jednak szybko odjeżdżam z tej plaży ponieważ przyzwyczaiłam się do tych, które nawet jeśli goszczą kogoś jeszcze poza mną, to mogę odnaleźć na nich kameralne miejsce tylko dla siebie.
Zachęcam Was do odwiedzania miejsc, które zachwycają krystaliczne czystą wodą, a jeśli nawet wiąże się to z większą ilością kamieni to rozwiązaniem są zawsze buty do kąpieli. Wtedy także najwięksi malkontenci mogą cieszyć się życiem :-) Dlatego nie możecie ominąć zatoki Anthonego Quinna w pobliżu Ladikó. Pewnie uśmiechacie się w tym momencie, przecież w Grecji tyle jest miejsc okrzykniętych plażą Greka Zorby, że tak na prawdę ciężko zorientować się gdzie w końcu tańczył w wodzie, a gdzie tylko dostał kawałek plaży. Wiem bo sama tego doświadczyłam, a plotki o tym gdzie kręcono jaką reklamę czy film mijają się i różnią w zależności od tego kto ją sprzedaje ;-) Natomiast zatoka, o której piszę została podarowana aktorowi przez ówczesne władze za grę w filmie „Działa Nawarony”. Cóż znaczy sława? ;-) Gwarantuję Wam, że każdy chciały mieć choć kawałek takiej zatoki.
Politycy jednak potrafią zrobić dużo zamieszania i tak szybko jak zatoka dostała swojego nowego patrona i gospodarza, tak została mu przez kolejny rząd odebrana :-( Nam jednak nikt nie może odebrać wspomnień i widoku, który na zawsze pozostał w mojej głowie. Plaża jest wspaniała chociaż kamienista, nie brakuje jednak „Stavrosa”, który za kilka euro przyniesie nam wygodny leżak. Zabierzcie tam koniecznie sprzęt do nurkowania i przenieście się do magicznego podwodnego świata.
Uciekam teraz szybko na koniec wyspy tam właśnie jest raj dla kitesurfingu plaży Prassonissi. To miejsce, na które warto spojrzeć z góry, dojeżdżając do plaży. Z drogi otaczającej wyspę zjeżdżamy w dość pagórkowaty teren przypominający trochę tunezyjskie góry Mátmátah – taki księżycowy krajobraz. Momentami zawodzące greckie radio milknie, ale ja się tym nie przejmuję i rozkoszuję się fantastycznym zapachem cynamonu kupionego po drodze w najdalej na południe wysuniętej wiosce wyspy – Kattavii. Cynamon kupiłam w sklepie gdzie na półkach widać było tylko kilka ziół, trochę warzyw, wodę i ogólnie wyglądało tam jak w naszych sklepach 20 lat temu. Jednak właścicielka nadrabiała wszystko szerokim uśmiechem, Obok sklepu w tawernie na palącym słońcu kilkoro mieszkańców coś sobie popija (pewnie raki), po prostu w powietrzu czuć spokój. Tawerna oczywiście stoi w takim miejscu, że jadąc autem mam wrażenie, że zaraz zaparkujemy w środku, jak to w Grecji ;-) Ale nie zapętlam wracam do mekki kitesurfingowców. Plaża Prassonissi jest szeroka na kilkaset metrów i bardzo, bardzo długa. Morza oblewają ją z dwóch stron, a na niej rodzime akcenty tj. polska szkoła surfingu. Byłam, zobaczyłam, pływałam ale jest jedna rzecz na minus to śmieci – oj turyści :-( !!!
Wracając z Parrasonissi drugą stroną wyspy, zobaczycie arbuzowe pola, piękne widoki morza w świetle zachodzącego słońca oraz niewielkie złote wyspy!!!!!!!W następnych postach zabiorę Was do urokliwych miasteczek na wyspie Rodos :-)

niedziela, 4 stycznia 2009

Rodos wyspa słońca


Chcecie nacieszyć się widokiem błękitnego morza? Pospacerować, poprawić sobie humor opalenizną, poznać kawałek historii i dać się oczarować legendom? – jak zwykle wysyłam Was do Grecji, a dokładnie na największą wyspę Dodekanezu czyli na Rodos. Jest to trochę inna wyspa od wspominanej przeze mnie wcześniej Krety, jednak jej grecki charakter z wpływami Turcji, która jest dosłownie za rogiem (odległość do niej to ok. 20 km) jest wszędzie wyczuwalny. Zacznijmy od tego, że wyspa jest mała i można ją bez problemu okrążyć samochodem w jeden dzień. Wynajem samochodu to żaden problem, a są tu miejsca, gdzie dzięki autku 4x4 poczujecie się komfortowo. Baza noclegowa zadowoli każdego, ja jednak uważam, że nieporozumieniem jest mieszkanie w miejscu gdzie tłoczy się mnóstwo ludzi, chyba że jest to stare miasto, dla którego robię wyjątek ;-) Myślę, że najlepiej wypoczniecie tam gdzie można kosztować regionalne dania i produkty, a za oknem widok powoduje, że nie musicie wcale obracać fotela, bo widok pochłania na długie godziny. Wtedy też możecie rozmyślać jak to też było z tym Kolosem z Rodos? ;-)
Teraz kładę się spać :-) ale rodyjski wątek będę z pewnością kontynuować.Hmm... mam nadzieję, że nie przyśni mi się Kolos w dodatku nagi ;-)

Sałatka z pietruszką

Za oknem mróz jakiego chyba jeszcze tej zimy nie było, a ja jakoś zawsze na początku roku marze o letnich wakacjach. Myślę o moich ukochanych miejscach, które staram się odwiedzać kiedy jest już ciepło. Pewnie jeszcze nacieszę się zimą ale marzyć zawsze można...


Składniki na 1 miskę:

1/3 długiego ogórka zielonego
1/2 papryki czerwonej
1 jajko ugotowane na twardo
ok. 1/2 szklanki natki pietruszki
ser feta 1/2 opakowania
1 szalotka krojona w plasterki
ok. 16 czarnych oliwek bez pestek
ok. 3 liści sałaty lodowej
15 ml octu z białego wina (łyżka)
15 ml oliwy z oliwek
pieprz i sól do smaku


Przygotowanie:

Ocet mieszamy z oliwą oraz pieprzem i odstawiamy na 10 minut do lodówki. Sałatę myjemy i rwiemy na drobne kawałki.
Umytą pietruszkę obcinam do kubka nożycami kuchennymi, nie musi być bardzo dokładnie.
Później wsadzam nożyczki do kubka i chwilę kroję. To prosty sposób na porządek w kuchni, a sałatka nie wymaga bardzo drobnego i dokładnego szatkowania.
Szalotkę oraz fetę kroję w drobne plasterki, jajko w ćwiartki, paprykę w paski, ogórka według upodobania :-) Sałatę mieszam z pietruszką i oblewam wcześniej przygotowanym „sosem” –ja mieszam ją ręką tak żeby oliwa pokryła liście sałaty.
Na koniec układamy wszystkie składniki i zajadamy :-)

sobota, 3 stycznia 2009

Koktajl bananowy z granatem


Koktajl bananowy z granatem

Po świętach, sylwestrowej zabawie, każdy z nas potrzebuje czegoś zdrowego i smacznego. Dla zdrowia urody i relaksu wystarczy niewiele. Być może w kuchni czeka na nas już lekko brązowy banan ;-) który został wcześniej pominięty na rzecz makowców, pierników i całej świąteczno-sylwestrowej uczty kulinarnej.
Wielu z nas odchodząc od stołu obiecało sobie poprawę, porzucenie obżarstwa na rzecz zdrowego stylu życia. Nie bądźmy jednak dla siebie aż tak surowi, w końcu jesteśmy tu między innymi po to żeby cieszyć się tym elementem życia, którym jest jedzenie i smakowanie. Rozpoczynam ten Nowy Rok delikatnie – proponując koktajl, który może być pierwszym śniadaniem, może też zastąpić komuś deser ;-)


Składniki:

2 dojrzałe banany
kubek jogurtu naturalnego 250 ml
ok. 2 łyżek ziarenek granata


Przygotowanie:

Banany obieramy i miksujemy, dodajemy zimny jogurt i miksujemy, aż banany połączą się z jogurtem. Przelewamy i ozdabiamy granatem.
Smacznego!
Website counter
Blog jest mojego autorstwa i podlega prawu autorskiemu.

USTAWA z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych

Art. 115. 1. Kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega karze pozbawienia wolności do lat 2, ograniczenia wolności albo grzywny.